Kategorie

KAMIENIOŁOM W RUMMU – ESTONIA

08

Maj 2017

Rummu, miejsce tajemnicze i mało zbadane przez polaków. Sobota rano zapakowani w kampera ruszyliśmy w drogę. Mimo 670 km do celu trasa minęła nam w mgnieniu oka, bo tu się po prostu jedzie, a nie jak u nas, od wioski do wioski. Drogi równe a miejscami z widokami na morze. Ostatnie 70 km jechaliśmy w opadach śniegu z lekkim przerażeniem w oczach, ale nie większym niż u bocianów przy drodze, ciekawe co one sobie myślały. Po dojechaniu na miejsce pierwsza rzecz, jaką musieliśmy zrobić to ulepić bałwana i wysłać zdjęcie do Polski. Potem zwiedzanie terenu, czyli spacer nad wodę i tu kolejne zaskoczenie, piękny lazur. Drugi dzień niestety nie przyniósł zmian pogodowych i nie koniecznie nadawał się na nurka. Silny wiatr do tego pada deszcz ze śniegiem, więc plan był szybki i prosty, zwiedzamy okolice. Byliśmy przygotowani na różne trudności więc zabranie rowerów okazało się fantastycznym pomysłem i właśnie w taki sposób objechaliśmy kamieniołom dookoła. Trasa prowadziła wzdłuż zbiornika a jej trudność oceniamy na poziom Hard, biorąc pod uwagę wyprawy rowerowe. Błoto, kałuże, różnego rodzaju wzniesienia oraz skarpy aż nam tchu brakowało, choć to nie jedyna rzecz zapierająca dech, bo widoki były fantastyczne. Po przeprawie przez wysoki plot (z rowerami jest to pewien wyczyn), udało się nam dojechać pod słynną górę „Ashmountain“, którą widzieliśmy na zdjęciach. Powstała ona podczas prac górniczych wydobycia wapienia. Góra składa się głównie z pozostałości wapieni i ma około 70 metrów wysokości. Na szczycie znajduje się pokrywa naziemna i my się tam wspinaliśmy podczas opadu śniegu, silnego wiatru. Nagle zmęczenie odeszło w niepamięć, stanęliśmy jak wryci, bo otaczający nas widok wynagrodził wszystkie niedogodności. Wiezienie jak na dłoni, hipnotyzująca niebieska woda, w której widać zalane budynki. Cała okolica w zasięgu wzroku, coś przepięknego, co trzeba uczcić chwilą relaksu. Po wycieczce i obiedzie przyszedł czas na nurkowanie, w końcu po to przyjechaliśmy. Pierwsze nurkowanie zrobiliśmy z pomostu przy naszym obozowisku. Woda w tym miejscu nie rozpieszczała nas widocznością, ponieważ było dużo gliny. Późnym południem wybraliśmy się na kolejną wycieczkę rowerową i dzięki temu znaleźliśmy fajne miejsce nurkowe na następny dzień. Pogoda jak by troszkę lepsza, bo słoneczko świeciło i chęci też przez to większe na nurkowanie. Na miejscu wyparzonym wcześniej spotkaliśmy trzy osoby. Rozmowy w języku rosyjskim nie stanowiły najmniejszego problemu więc dowiedzieliśmy się o kolejnych miejscach nurkowych, poręczówkach i wszystkich zalanych budynkach. Po zanurzeniu odnajdujemy poręczówkę i płyniemy, płyniemy aż w końcu po 30 min i przepłynięciu 250 m dopłynęliśmy do dziwnej maszyny na gąsienicach, od której odchodzą jeszcze 2 poręczówki. Niestety ilość powietrza zmusiła nas do powrotu. Na brzegu dowiedzieliśmy się większej ilości szczegółów związanych z tym miejscem od jednego z mieszkańców Rummu. Maszyna, którą widzieliśmy to bormaszyna (pojazd służący do odwiertów) jedna z poręczówek prowadzi do koparki a o drugiej zapomniał ;). Po południu oczywiście wycieczka rowerowa, tym razem wzdłuż ogrodzenia wiezienia. Gdzie nie gdzie dało się wejść do środka i wspiąć na wieżyczki, skąd widoki były niesamowite. Człowiek, patrząc na to od razu się zastanawia jak to wszystko musiało wyglądać w czasach funkcjonowania więzienia. Następny dzień poświeciliśmy na odpoczynek i relaks rowerowy a po południu wybraliśmy się do Talina. Stare miasto jest niesamowite a widziane nocą jest prześliczne. Jednym z najczęściej słyszanych języków był oczywiście polski. Dzień czwarty i ostatni naszej przygody, pojechaliśmy na miejsce wskazane przez miejscowego, gdzie mają być budynki. Wskakujemy do wody i po chwili znajdujemy poręczówkę. Okazało się, że znowu trzeba było przepłynąć spory kawałek, ale w końcu trafiliśmy na budynki. Dokładniej to były kontenery, a fanty leżące do okola robią wrażenie, do tego raki w kolorze czarnym. Po długim nurkowaniu i przerwie na posiłek, postanowiliśmy zmienić miejsce nurkowe na sąsiedni akwen. Miejscowi mówią, że tam nic nie ma, dlatego nikt tam nie nurkuje jednak nas bardzo kusiła przejrzysta woda. Zbiornik oddzielony od głównego, ale za to z widocznością sięgająca 6 metrów. Płytko, bo raptem 4 m, ale zabawa była przednia, super nawisy skalne, rechoczące żaby, trochę rybek i to niesamowite uczucie unoszenia się w powietrzu, ponieważ nie było widać wody. Po nurkowaniach usiedliśmy przed kamperem i trochę refleksyjnie wspominaliśmy minione dni, w końcu na liczniku rowerowym widnieje 100 km. Mimo chłodu i śniegu z deszczem, wracamy opaleni i uśmiechnięci, z niedosytem nurkowym i planami na powrót w to magiczne miejsce. Estonia — kraj ogromnej przestrzeni, niesamowitych miejsc, ciszy i spokoju.